Turcja – czy to już rewolucja?

Ankara, 10 października. Kończy się kampania przed wyborami parlamentarnymi w Turcji. Trwa pokojowe zgromadzenie w obronie praw Kurdów, zorganizowane przez związki zawodowe. Nagle rozlegają się dwie eksplozje. Ginie 95 osób, rannych zostaje prawie 250. – Ten zamach to uderzenie w turecką stabilność i demokrację. Rząd już poszukuje winnych, a pierwszym podejrzanym jest Państwo Islamskie – zapewnia premier Turcji Ahmet Davutoğlu. Przekonuje to niewielu. Jeszcze tego samego dnia na ulice tureckich miast wychodzą marsze protestu. Ich uczestnicy są pewni, że wybuch to kolejny akt rządowego terroru przeciwko Kurdom.

Rządząca od 2002 r. konserwatywno-neoliberalna Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) bez pardonu walczy o utrzymanie się przy władzy w Turcji. W czerwcu tego roku szła do wyborów parlamentarnych z ambitnym planem zdobycia nie tylko bezwzględnej większości parlamentarnej, ale nawet 2/3 mandatów. Wtedy bowiem bez oglądania się na opozycję mogłaby przeprowadzić reformę konstytucyjną i ustanowić w kraju system prezydencki. Wówczas twórca AKP, dawniej premier Turcji, a obecnie jej prezydent Recep Tayyip Erdoğan, skupiłby w swoich rękach władzę niemal nieograniczoną.

AKP wygrała, lecz wynik na poziomie 41 proc. głosów odebrała jak klęskę – nie wystarczyło nawet na samodzielne utworzenie rządu. Eksperci są zgodni, że wyborców odebrała Erdoğanowi Ludowa Partia Demokratyczna (HDP) – formacja nie dość, że lewicowa, to jeszcze tworzona przez Kurdów i broniąca ich praw. Jej wynik – 13,1 proc. – to znaczące osiągnięcie w kraju, gdzie obowiązuje dziesięcioprocentowy próg wyborczy. Tym bardziej, że władze starały się przeszkodzić Kurdom, jak tylko się dało. Były aresztowania aktywistów i groźby pod ich adresem, podkładane przez nieznanych sprawców bomby na wiecach. Bez skutku. Po wyborach AKP nie znalazła koalicjanta i konieczne okazało się rozpisanie przedterminowych wyborów, zaplanowanych na 1 listopada.

5787247251_46263fe430_zAby tym razem wszystko poszło zgodnie z planem, ekipa Erdoğana posunęła się do najzwyklejszego w świecie terroru. 24 lipca 2015 r. prezydent ogłosił początek – o ironio – operacji antyterrorystycznej, de facto przekreślającej dotychczasowe osiągnięcia rozmów pokojowych z Kurdami. Do więzień trafiło blisko tysiąc kurdyjskich aktywistów. Turcja zbombardowała również pozycje Partii Pracujących Kurdystanu i jej formacji zbrojnych na własnym terytorium oraz w północnym Iraku – tam, gdzie walczy ona z Państwem Islamskim. Żeby przypadkiem nie oburzyć tzw. międzynarodowej opinii publicznej, Ankara zapewniła, że właściwie celem działań antyterrorystycznych jest… właśnie Państwo Islamskie. Fakty mówią jednak więcej niż słowa. To w Turcji fanatycy z ISIS mogą sprzedawać przemycane paliwo, tam otrzymują w razie potrzeby opiekę medyczną, stamtąd dociera do nich (i do innych formacji walczących w Syrii z Baszszarem al-Asadem) zaopatrzenie. Tej ogólnej tendencji nie zmieni kilka przeprowadzonych pod publiczkę nalotów, mizernych zresztą w porównaniu z atakami na pozycje Kurdów, przeciwko którym wysłano 75 samolotów bojowych, uderzających w ponad 400 celów.

Partia Pracujących Kurdystanu odpowiada na pierwsze aresztowania atakami na tureckich policjantów, sabotuje biegnący z Iranu rurociąg. Do końca sierpnia tureckie lotnictwo ponawia ataki na obozy Kurdów. Kurdyjscy partyzanci dokonują w odwecie zamachów na żołnierzy, oficerów, policjantów. Przywódcy PKK doskonale zdają sobie sprawę, że cokolwiek ugrać w starciu z Erdoğanem mogą tylko wtedy, gdy będzie stać za nimi realna siła i poparcie własnej społeczności.

Przeciwnik jest bezwzględny. Na początku września nie zawahał się otoczyć zamieszkanego w większości przez Kurdów stutysięcznego miasta Cizre, odciąć mieszkańcom wody i elektryczności, ograniczyć dostaw żywności, uniemożliwić działalność szpitali. A wszystko oficjalnie po to, by wojsko mogło znaleźć (i zabić na miejscu) czterdziestu partyzantów z PKK. Na koniec tureckie media bezczelnie oznajmiły, że operacja w Cizre kosztowała życie tylko jedną ofiarę cywilną – zapewne zresztą nie tak całkiem przypadkową, w końcu miasto było matecznikiem krwawych terrorystów. Co najmniej tak samo niebezpiecznych, jak ci z Państwa Islamskiego.

Na początku października w analogiczny sposób potraktowane zostaje inne miasto – Silvan, ostrzelane przez ciężką artylerię. Do więzień trafiają już nie tylko partyzanci (prawdziwi czy domniemani), ale także aktywiści Ludowej Partii Demokratycznej. Gdyby ta forma perswazji nie wystarcza do odstraszania niepokornych wyborców, policja i wojsko masowo niszczą partyjne biura w całym kraju. Tylko w pierwszym tygodniu września spłonęło ich 170. Nie jest wykluczone, że HDP zostanie – nawet przed wyborami – po prostu zdelegalizowana. W tym kontekście zorganizowanie przez tureckie służby zamachu na pokojowy wiec wydaje się dość prawdopodobne. Według oficjalnej wersji w Ankarze wysadził się młody Kurd związany z ISIS, rodzony brat zamachowca samobójcy, który kilka miesięcy temu zabił trzydzieści osób, również na pokojowym zgromadzeniu w Suruç.

W krótkiej perspektywie Erdoğan i AKP walczą o to, by 1 listopada udało się to, co nie powiodło się w czerwcu. Wyborcy niezdecydowani lub niezadowoleni z dotychczasowych rządów mają uwierzyć w zagrożenie kurdyjskim terroryzmem i zobaczyć w AKP swojego jedynego obrońcę; zastraszeni Kurdowie zaś – zrezygnować z upominania się, choćby najłagodniej, poprzez wrzucenie kartki wyborczej, o podstawowe prawa. Erdoğan wie, że druga taka okazja do rozprawy z Kurdami może się nie nadarzyć. Nie upomni się o nich Europa, dopóki jej doraźnym celem pozostaje nakłonienie tureckiego rządu do przyjmowania jak największej liczby uchodźców z płonącego Bliskiego Wschodu. Stany Zjednoczone co najwyżej delikatnie przypomną, że kurdyjskie oddziały walczące w Iraku i Syrii pozostają formalnie członkiem koalicji przeciwko ISIS. A potem, tak jak do tej pory, zostawią swoim tureckim partnerom wolną rękę. W ubiegłym roku Kurdowie samotnie bronili Kobane, odpierając ataki Państwa Islamskiego, czemu turecka armia bezczynnie się przyglądała. Nie poddadzą się, nawet jeśli przyjdzie im samotnie walczyć o przetrwanie.


Organizacje: w więzieniach przebywa 20 dziennikarzy 21.10.2015

Obecnie w więzieniach w Turcji przebywa ok. 20 dziennikarzy – poinformowała koalicja broniących wolności prasy organizacji pozarządowych, które krytykują turecki rząd za zaostrzenie kursu przed wyborami parlamentarnymi 1 listopada.

Podsumowując trzydniową „nadzwyczajną misję” współpracy koalicja siedmiu organizacji wyraziła „zaniepokojenie w związku z degradacją wolności prasy i wpływem, jaki może to mieć na przebieg wyborów”.

Islamsko-konserwatywny rząd ucieka się do prawa antyterrorystycznego, żeby „zniechęcić dziennikarzy do publikowania informacji ważnych z punktu widzenia interesu publicznego” – oświadczyli przedstawiciele koalicji na konferencji w Stambule.

Według Barbary Trionfi, szefowej organizacji Międzynarodowy Instytut Prasy (IPI), „wielu dziennikarzy jest za kratkami po prostu dlatego, że wykonywali swoją pracę polegającą na informowaniu opinii publicznej”.

Część dziennikarzy od wielu miesięcy oczekuje na procesy w więzieniach, a inni zostali skazani za związki z separatystyczną Partią Pracujących Kurdystanu (PKK). W ostatnich tygodniach nasilenie walk między tureckimi siłami bezpieczeństwa a PKK na południowym wschodzie kraju, w większości kurdyjskim, zaostrzyło tarcia między mediami a tureckimi władzami; na to nałożyły się przedterminowe wybory parlamentarne.

Niezależna dziennikarka holenderska Frederike Geerdink, zmuszona w ubiegłym miesiącu do opuszczenia Turcji, powiedziała, że zagraniczni dziennikarze pracujący na południowym wschodzie również są aresztowani i wydalani z kraju.

Kilka dni temu Komitet Ochrony Dziennikarzy wystosował petycję w celu uwolnienia irackiego dziennikarza Mohammeda Ismaela Rasula, przetrzymywanego od prawie dwóch miesięcy z powodu zarzutów terroryzmu.

Turcja zajęła 149. miejsce (na 180) w światowym rankingu wolności prasy opublikowanym we wrześniu przez organizację Reporterzy bez Granic; zajęła miejsce m.in. za Birmą (lokata 144), nieznacznie wyprzedzając Rosję (152).
(łg)


TURCJA ZMIERZA DO SUŁTANATU? PARTIA ERDOGANA WYGRAŁA WYBORY PN 02 listopada 2015

Konserwatywno-islamistyczna Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) wygrała przedterminowe wybory Turcji uzyskując absolutną większość w parlamencie. Wynik oznacza, ze obóz prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana nie tylko utrzymał władzę ale i będzie mógł rządzić samodzielnie. Na ulicach tureckich miast po ogłoszeniu wyników wybuchły zamieszki. Opozycja oskarża rząd o prowadzenie polityki strachu.

Premier Ahmet Davutoglu przyjmuje owacje na wiecu powyborczym / facebook.com/akparti

Na AKP zagłosowało 49,4 proc. biorących udział w wyborach, co przełoży się na 316 mandatów w 550 osobowym Wielkim Zgromadzeniu Narodowym Turcji. W porównaniu z poprzednim głosowaniem, w którym partia Erdogana dostała zaledwie 41 proc. głosów, umiarkowani islamiści zyskali aż 4,5 mln nowych wyborców. Druga największa siła – kemaliści z CHP otrzymali 25,39 proc., a więc przewaga AKP jest znacznie wyższa niż oczekiwano. Mimo to, rządzące ugrupowanie ponownie nie zdołało osiągnąć liczby mandatów (330), która umożliwiałaby zwołanie referendum w sprawie zmiany konstytucji. Taki plebiscyt jest od lat głównym celem politycznym i osobistą ambicją prezydenta Erdogana, któremu marzy się wzmocnienie swojego urzędu i wprowadzenie nowej formy autorytarnych rządów, które potocznie nazywane są „nowym sułtanatem”.

W niedzielnej elekcji AKP zdołała przechwycić część elektoratu nacjonalistycznej i faszyzującej Nacjonalistycznej Partii Działania (MHP), która otrzymała zaledwie 12,10 proc. (7 czerwca zdobyła 16 proc.) ledwie przekraczając próg wyborczy, który w Turcji wynosi 10 proc.

Czwartą siłą w parlamencie będzie turecko-kurdyjska postępowa Ludowa Partia Demokratyczna (HDP), na którą zagłosowało 10,53 proc. wyborców, przy 13 proc. w poprzednich wyborach.

Wynik oznacza sukces przedwyborczej polityki prezydenta Erdogana i rządu premiera Ahmeta Davutoglu, która opierała się na agresji wobec ugrupowań i ludności kurdyjskiej i celowej destabilizacji kraju, w celu podtrzymywania społeczeństwa w stanie zagrożenia. W ten sposób AKP przedstawiała się jako jedyna siła, zdolna do przywrócenia porządku. Celem było przejęcie elektoratu nacjonalistów i zdyskredytowanie prokurdyjskiej HDP. Erdogan i jego wspólnicy realizowali swój plan bezwzględnie, uderzając brutalnie w Partię Pracujących Kurdystanu i cywilną ludność kurdyjską. Samoloty wysłane przez Ankarę bombardowały pozycje tej organizacji w północnym Iraku, a służby prowadziły szeroko zakrojone aresztowania aktywistów w całym kraju. W atakach ginęli cywile, w tym również dzieci. Cel został zrealizowany połowicznie, bo o ile udało się przejąć głosy nacjonalistów, to HDP nadal będzie obecna w zgromadzeniu, blokując tym samym zwołanie referendum.

Tureckie służby specjalne (MIT) są oskarżane przez lidera HDP o współudział w przygotowaniu zamachów z Suruc (20 lipca) i Ankary (10 października), w których zginęło łącznie ponad 130 osób. „To był zamach państwa na własnych obywateli” – oświadczył niedawno Selahattin Demirtaş. Po ogłoszeniu wyników wyborów w kurdyjskich miastach, w tym nieoficjalnej stolicy największej mniejszości narodowej w Turcji – Diyarbakir odbyły się masowe protesty, podczas których doszło do starć z policją.


A masked protester runs past garbage bins set on fire by supporters of the pro-Kurdish Peoples’s Democratic Party (HDP) in Diyarbakir, in Turkey’s predominantly Kurdish southeast, Sunday, Nov. 1, 2015.

Źródło: https://prawda2.info/viewtopic.php?p=302596#302596

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s